Islandia

Na ten wyjazd czekaliśmy blisko 10 lat i w końcu się doczekaliśmy. Jedziemy na Islandię! 😀 Przed nami tydzień biwakowania w kraju ognia i lodu. W planie objazd całej wyspy słynną „Jedynką”, wodospady, lodowce, wulkany, gejzery, kaniony i wiele więcej. Jedziemy w czteroosobowym składzie, z Beatą i Krzyśkiem. To będzie niezapomniana przygoda!

W podróż wyruszamy w niedzielę 8 czerwca, czyli na sam początek sezonu. Lot z Katowic do Keflaviku zajmuje ok. 4 h. Na miejscu meldujemy się ok. 18:30. Na lotnisku już czekają na nas chłopaki z IcePol, polskiej wypożyczalni samochodów na Islandii. Zdecydowaliśmy się na samochód Mitsubishi Outlander 4x4 z namiotem na dachu i całym zestawem kempingowym. Dzięki temu nie musieliśmy brać sprzętu z Polski i mogliśmy wypchać całą walizkę konserwami 😅. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z tak bezproblemowym wynajmem samochodu. Bez karty kredytowej, płatność gotówką, bez podpisywania żadnych papierów ani skanowania dokumentów. Od razu powiem, że zwrot auta wyglądał tak samo. Chłopaki nawet nie podeszli do auta, żeby je obejrzeć. Po prostu oddaliśmy kluczyki, chwilę pożartowaliśmy i wsiedliśmy do busa. Mega polecam tę wypożyczalnię.


Dzień 1

Po odebraniu auta, ruszyliśmy do Bonusa na zakupy. Okazało się, że wcale nie jest tak drogo jak nam się wydawało. Jedynie pieczywo i jajka trochę nas zaskoczyły, bo kosztowały ponad 3x tyle co w Polsce. Zakupy zrobione, ruszamy na zwiedzanie Islandii 😀. Było już grubo po 20, ale dzień wcale się nie kończył. O tej porze roku na Islandii są białe noce, tzn. słońce chowa się tuż pod horyzontem, ale wciąż rozświetla niebo i przez cały czas jest jasno. Około 4 znów wstaje i robi się dzień. Tak więc, Islandię można zwiedzać 24 godziny na dobę, o ile starczy wam sił 😀. Tego dnia pojechaliśmy na Golden Circle i częściowo go zwiedziliśmy. Pierwszą atrakcją był Park Narodowy Þingvellir. Zobaczyliśmy wodospad Öxarárfoss i pobliski „kanion”. Co ciekawe, ten kanion, to tak naprawdę ryft oceaniczny. Tu przyda się krótka lekcja geografii. Islandia leży na styku dwóch płyt tektonicznych: płyty północnoamerykańskiej i płyty euroazjatyckiej. W wyniku rozchodzenia się tych płyt wzdłuż grzbietu śródatlantyckiego i dodatkowo występowania tutaj tzw. plamy gorąca (hotspot), gdzie duże ilości magmy wydostają się na powierzchnię, powstała właśnie Islandia. Wracając do tego ryftu, to właśnie linia łącząca płyty tektoniczne. Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można taki ryft obejrzeć, gdyż w większości znajduje się głęboko pod wodami oceanów. Dodam tylko, że Islandia to prawdziwy raj dla geologów i ogólnie pasjonatów geografii.

Zrobiło się już późno i dziewczyny były zmęczone, więc około północy stwierdziliśmy, że wypadałoby znaleźć jakieś miejsce na biwak na dziko i trochę odpocząć, bo czeka nas bardzo intensywny tydzień. Dziewczyny poszły spać, a my z Krzyśkiem wzięliśmy po drineczku i ruszyliśmy na pobliską górę, aby zobaczyć okolicę. Chwilę nam zeszło i poszliśmy spać dopiero po 2. Fakt, że cały czas było jasno, plus ekscytacja tym, co nas czeka przez najbliższy tydzień sprawiał, że wcale nie chciało mi się spać.











Dzień 2

Wstaliśmy około 8, zjedliśmy śniadanko, wypiliśmy kawkę na łonie natury i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Pogoda była piękna, dzień zapowiadał się wspaniale. Kontynuowaliśmy Golden Circle. Na początek zobaczyliśmy Kerið — kraterowe jezioro wulkaniczne. Wstęp na krater jest płatny (600 ISK), a parking darmowy. Była to chyba jedyna płatna atrakcja turystyczna, jaką odwiedziliśmy. W pozostałych przypadkach było na odwrót — atrakcja darmowa, ale parking płatny (800–1200 ISK). Sam krater bardzo nam się spodobał. Krater ma bardzo ładny, czerwony kolor, który zawdzięcza rudom żelaza.

Ruszyliśmy dalej, na kolejną, bardzo ciekawą atrakcję. Musieliśmy trochę odbić od Golden Circle, a później jeszcze godzinę maszerować pod górę, aby dotrzeć do rzeki termalnej Reykjadalur. To miejsce zrobiło na nas mega wrażenie. Wyobraźcie sobie strumyk w górach, w którym woda ma ponad 40 stopni. Za gorąco? Wystarczy zejść niżej, a woda stopniowo się ochładza. W pewnym miejscu gorący strumyk łączy się z lodowatym i woda jest już idealna na całodniowy chill. A morsy mogą chillować w tym zimnym (pozdro Krzychu 😁). Każdy znajdzie coś dla siebie. Wzdłuż strumyka porobione są podesty, co znacznie ułatwia korzystanie z kąpieli i dodaje uroku. To miejsce jest rewelacyjne. Szkoda, że czas nas gonił i musieliśmy się zbierać, bo mógłbym tam siedzieć pół dnia. Po 1,5 godziny ruszyliśmy jednak na dół, bo jeszcze tyle atrakcji przed nami.

Wracamy na Golden Circle. Kolejna atrakcja — wodospad Faxafoss. Jest on niezbyt duży w porównaniu do innych wodospadów na Islandii. Ma 7 metrów wysokości i 80 metrów szerokości. Jest jednak bardzo kameralny i zrobił na nas wrażenie. Fajne jest w nim to, że nie ma tam żadnych barierek ani zakazów, można dosłownie podejść pod niego i go dotknąć.

Jedziemy dalej. Przed nami obszar geotermalny Geysir, w którym znajduje się najpopularniejszy aktywny gejzer na Islandii — Strokkur. Wybucha on regularnie co 8–10 minut i wyrzuca rozgrzaną wodę na około 25–35 metrów. Co ciekawe, niedaleko znajduje się inny aktywny gejzer — Geysir, od którego pochodzi właśnie nazwa „gejzer”. Jest on dużo większy od Strokkur, ale wybucha bardzo rzadko, więc to Strokkur kradnie show.

Kolejna atrakcja na Golden Circle to potężny wodospad Gullfoss. Jest to dwustopniowy wodospad o kaskadach 11- i 21-metrowych i spada do 70-metrowego kanionu. Wodospad robi wrażenie swoimi gabarytami.

To była ostatnia atrakcja tego dnia. Robiło się późno, zmęczenie dawało o sobie znać, poszukaliśmy więc kolejnej miejscówki na dziko, żeby się rozbić. Mając auto z namiotem na dachu, nie musieliśmy martwić się o wiele. Chcieliśmy jedynie zjechać trochę dalej od drogi i w miarę możliwości schować się przed wiatrem. Tego dnia jednak nie wiało, więc zatrzymaliśmy się w mega malowniczym miejscu. Kemping pierwsza klasa 😀.


























Dzień 3

Kolejny dzień zaczęliśmy standardowo od śniadanka i kawki i ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Na pierwszy ogień miały pójść gorące źródła Hrunalaug. Jak się jednak okazało, miejsce było tymczasowo zamknięte dla turystów, bo kręcili tam reklamę dla linii lotniczych. Musieliśmy więc obejść się smakiem i ruszyliśmy dalej. Tego dnia nie mieliśmy jednak szczęścia. Wróciliśmy na Jedynkę i ruszyliśmy dalej na wschód. Dojechaliśmy do miejscowości Hella, gdzie chcieliśmy zatankować i zrobić zakupy. Jak się okazało, w całym mieście nie było prądu. Poznaliśmy Polaka, który mieszka tam od 11 lat. Powiedział, że ktoś robiąc remont przy drodze, przeciął główną linię zasilania i cztery miasta na wschód nie mają prądu. Podjechaliśmy miasteczko dalej i teoria się potwierdziła. Nie mogliśmy już dalej jechać, bo nie mieliśmy paliwa, więc musieliśmy czekać, aż naprawią usterkę. Straciliśmy przez to kilka godzin, ale w końcu prąd wrócił i mogliśmy ruszyć dalej.

Jadąc dalej Jedynką, przy samej drodze zobaczyliśmy ogromny wodospad, spadający z płaskowyżu. Seljalandsfoss to jeden z najpopularniejszych i najładniejszych wodospadów Islandii. Jego cechą charakterystyczną jest ścieżka przechodząca między skałą a słupem wody, dzięki czemu można go obejrzeć od tyłu. Widok kaskady tego wodospadu jest niezwykły i jak dla mnie jest w TOPce 😉.

Kilka minut drogi od wodospadu znajduje się następna atrakcja turystyczna — wrak samolotu DC-3. Warto odwiedzić to miejsce chociaż na chwilę.

Kolejną atrakcją tego dnia był ukryty w górach basen z ciepłą wodą — Seljavallalaug. Prowadzi do niego krótki, 20-minutowy spacer. Gdy tam dotarliśmy, była tylko jedna para Czechów, która szybko się zmyła i mieliśmy cały basen na wyłączność. Basen został zbudowany w 1923 roku, ale dawno temu został porzucony i teraz stanowi dziką atrakcję turystyczną. Woda jest zasilana z pobliskich, gorących i zimnych źródeł, w efekcie czego ma temperaturę około 25 stopni. Spędziliśmy tam ponad godzinę. Było super.

Po orzeźwiającej kąpieli, ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejnym punktem na trasie był spektakularny wodospad Skogafoss. Wodospad ten ma 60 metrów wysokości i 25 metrów szerokości. Najlepsze w nim jest to, że można podejść praktycznie do samej kaskady wodospadu i poczuć jego prawdziwą siłę. Robi mega wrażenie! Poza tym, z prawej strony znajdują się schody prowadzące na górę wodospadu. Widok z tej perspektywy jest również piękny.

Kilka minut od Skogafoss znajduje się inny piękny wodospad — Kvernufoss. Jest on dużo mniej oblegany od poprzednika, a wcale nie odbiega urodą. Znajduje się w wąwozie, do którego prowadzi 20-minutowy trekking z parkingu. Kvernufoss ma 30 metrów wysokości. Najlepsze w nim jest to, że można wejść do małej jaskini za kaskadą wody. My byliśmy tam zupełnie sami, co dodatkowo spotęgowało nasze wrażenia o tym wodospadzie.

To już była ostatnia atrakcja tego dnia. Robiło się późno, a dodatkowo pogoda zaczęła się psuć. Na szczęście nie padało, ale zaczęło mocno wiać, więc musieliśmy znaleźć jakieś miejsce, które choć częściowo ochroni nas przed wiatrem. Do tego idealnie nadała się żwirownia z wielkimi hałdami żwiru. Wbiliśmy się na dziko i w takiej pięknej scenerii poszliśmy spać 😀.































Dzień 4

Kolejny dzień zapowiadał się ekscytująco, ale i niepokojąco. Wiedzieliśmy, że dziś będziemy mieć pierwszy kontakt z lodowcem. Jednak wiatr od samego rana nabierał na sile, a radar pokazywał, że od połowy dnia zacznie intensywnie padać. Trzeba było wyciągnąć z tego dnia tyle ile się da, więc szybko ruszyliśmy na nasz pierwszy lodowiec na Islandii — Solheimajokull. Można łatwo po nim chodzić, bo pokrywa go duża ilość pyłu wulkanicznego, co poprawia przyczepność. Było to bardzo fajne doświadczenie.

Niewiele dalej czekała na nas kolejna atrakcja — wrak samolotu Dakota C-117 na czarnej plaży Sólheimasandur. Dojechaliśmy na parking, ale gdy chcieliśmy wysiąść z auta, wiatr mało nie wyrwał nam drzwi. Mieliśmy chwilę zawahania, czy aby na pewno chcemy tam iść. Ostatecznie dziewczyny zrezygnowały, a my z Krzyśkiem ruszyliśmy w 7-kilometrową trasę przez pustynię. Wiatr wiał tak mocno, że momentami trudno było ustać na nogach. Za to tempo mieliśmy mocne i po 1,5 godziny byliśmy z powrotem w aucie. Ogólnie wrak spoko, ale moim zdaniem nie wart tak długiego marszu. Natomiast warunki, jakie mieliśmy, sprawiły, że było momentami ekstremalnie i dodało to innego znaczenia tej wyprawie. Było ciężko, ale teraz fajnie to wspominam.

Chwile po powrocie do auta zaczęło padać i nie zapowiadało się, żeby miało przestać. Podjechaliśmy na jeszcze jeden punkt widokowy, ale tylko Krzyśkowi chciało się wychodzić z auta w taką pogodę. Podjęliśmy więc decyzję, że na dzisiaj kończymy zwiedzanie i jedziemy się uczłowieczyć 😊. Niedaleko nas była miejscowość Vik. Pojechaliśmy tam najpierw do restauracji The Soup Company, na pyszną zupę, a następnie na fajny kemping. Wreszcie wzięliśmy normalny prysznic, a resztę wieczoru spędziliśmy w jadalni, gdzie w końcu mogliśmy napić się Jacka Danielsa, którego targaliśmy z Polski.










Dzień 5

Nowy dzień przywitał nas słońcem, więc z uśmiechem na twarzach ruszyliśmy na kolejną przygodę. Najpierw musieliśmy się trochę cofnąć, aby zobaczyć atrakcję, którą dzień wcześniej ominęliśmy — Reynisfjara Beach. Jest to słynna i niebezpieczna czarna plaża. Czarnych plaż na Islandii jest sporo, ale to co wyróżnia Reynisfjarę to piękne bazaltowe kolumny na jednej z nadbrzeżnych skał, jaskinia oraz samotne skały wystające z wody nieopodal brzegu. Plaża ta jest również bardzo niebezpieczna ze względu na grząski piasek i niespodziewane, wysokie fale, które potrafią wciągnąć człowieka do oceanu, z którego nie da się już wydostać.

Ruszyliśmy dalej w drogę. Kolejną atrakcją był kanion Fjadrargljufur. Kanion ten ma około 100 m wysokości, a jego ściany usiane są licznymi wodospadami. Niestety można go obserwować jedynie z platformy widokowej na szczycie. Kiedyś można było schodzić na dół, jednak po rozpowszechnieniu tego miejsca przez Justina Biebera, który nagrał tam teledysk, miejsce to zaczęło odwiedzać znacznie więcej turystów, powodując duże szkody w przyrodzie. W 2019 roku wnętrze kanionu zostało więc zamknięte.

Zwiedzanie z góry nie zajmuje zbyt dużo czasu, więc ruszyliśmy dalej, na największą atrakcję tego dnia — lodowiec Vatnajökull. Sam lodowiec jest ogromny, zajmuje 8% powierzchni całej Islandii i nie sposób go zobaczyć w całości. Można natomiast podziwiać liczne laguny lodowcowe. My zobaczyliśmy kilka z nich. Pierwsza była laguna Svínafellslón. Spędziliśmy tam około godziny podziwiając piękny lodowiec i lagunę.

Następnie pojechaliśmy na lagunę Fjallsárlón. Gdy tam dojechaliśmy, ruszyliśmy szybko do pobliskiego biura zorientować się, czy da się popłynąć na rejs po lagunie. Na nasze szczęście, załapaliśmy się na ostatni tour. Założyliśmy kapoki i wskoczyliśmy do pontonu. Przez około godzinę pływaliśmy pomiędzy krami lodowymi, podziwiając przepiękne widoki. Dopłynęliśmy też na około 150 metrów pod czoło lodowca. Było to niesamowite doświadczenie. Po rejsie Krzysiek poszedł jeszcze morsować w lagunie.

Nieopodal była kolejna atrakcja — laguna Jökulsárlón, która co pewien czas wypluwa do oceanu kry lodowe. Następnie kry te rozbijają się o fale i wpływają na brzeg, tworząc słynną Diamond Beach. Znów byliśmy pod mega wrażeniem tego miejsca. Była to już ostatnia atrakcja tego dnia. Dzień pod znakiem lodowców mijał nieubłaganie. Przed nami dość długa droga. Żegnamy się z południem wyspy i jedziemy na wschód.






































Dzień 6

Następny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w termach Vök Baths. Nie mieliśmy jednak w planie tam wchodzić. Podjechaliśmy jedynie zobaczyć, jak to wygląda, bo było po drodze. Nasz pierwszy cel tego dnia to wodospad Hengifoss. Wodospad ma 128 metrów wysokości, a jego charakterystyczną cechą jest jego tło w postaci czerwonych i czarnych warstw skalnych. Wygląda to pięknie. Do wodospadu prowadzi dość długi trekking. Sama lokalizacja również sprawia, że tłumów nie ma. My siedzieliśmy pod wodospadem około godziny i byliśmy przez większość czasu zupełnie sami. Po drodze jest jeszcze jeden wodospad — Litlanesfoss, który również robi wrażenie.

Kolejną atrakcją był kanion Studlagil. Dotarcie tam nie było łatwe. My przez pomyłkę trafiliśmy na niego od złej strony, z której widoki nie były tak spektakularne. Musieliśmy się więc cofnąć kilka kilometrów, żeby przeprawić się przez most. Najbardziej charakterystyczną cechą tego kanionu są piękne, bazaltowe słupy skalne. Kanion zrobił na nas ogromne wrażenie. Ruszyliśmy dalej w drogę. Czekało nas kilka godzin jazdy, więc to była już ostatnia atrakcja tego dnia. Na noc jak zwykle znaleźliśmy sobie fajną miejscówkę na łonie natury 😀.




























Dzień 7

Kolejny dzień zaczęliśmy od zobaczenia kolejnego wodospadu — Dettifoss. Jest to najpotężniejszy wodospad Islandii. Osiąga on 45 metrów wysokości i 100 metrów szerokości. Na jego potęgę wpływ ma jednak ilość wody, jaka przez niego przepływa — około 600 m³ na sekundę. Podobno jest to drugi najpotężniejszy wodospad w Europie. Huk spadającej wody robi wrażenie. Jednak z racji tego, że nie można podejść zbyt blisko, oglądanie go nie robi aż takiego wrażenia, jak inne wodospady, które wcześniej widzieliśmy.

Następnie podjechaliśmy do Hverir. Jest to obszar geotermalny w rejonie Myvatn. Na miejscu można zobaczyć tzw. boiling mud, czyli gotujące błoto oraz fumarole. Na miejscu unosi się charakterystyczny zapach zgniłego jaja, czyli siarki wydobywającej się z ziemi. Jest tam też fajna górka, z której rozciąga się ładny obraz na okolicę.

W rejonie jeziora Myvatn jest kilka ciekawych atrakcji, więc spędziliśmy tu praktycznie cały dzień. Kolejną były gorące źródła Myvatn Nature Baths. Ze względu na brak czasu nie wchodziliśmy tam jednak, bo w planie mieliśmy inne termy następnego dnia. Jak się okazało, plan jednak nie wypalił, ale o tym później.

Kolejną atrakcją była jaskinia lawowa — Grjótagjá. Jaskinia ta powstała przez pęknięcie ziemi, a następnie wypełnienie szczeliny wodą termalną. Niestety nie można było tam pływać, a szkoda, bo klimat był bardzo ciekawy.

Następnie udaliśmy się na sąsiadujący z jaskinią wulkan — Hverfjall. Na szczyt krateru można wejść i można obejść go dookoła, co też uczyniliśmy. Pętla zajmuje około godzinę. Widoki zarówno na sam wulkan jak i pobliskie jezioro Myvatn były bardzo ładne. Na sam koniec podjechaliśmy do jeszcze jednej jaskini lawowej — Stóragjá.

Tym akcentem żegnamy się z północną częścią Islandii. Przed nami najdłuższy odcinek, prawie 500 km. Wracamy w okolice lotniska, bo jutro czeka nas powrót do Polski. Zanim to nastąpi, trzeba jeszcze przejechać prawie połowę Islandii. Po drodze zatrzymaliśmy się przypadkowo nad wodospadem Godafoss — czyli tzw. Wodospadem Bogów. Okazało się, że to dość duża atrakcja i wodospad był bardzo ładny. Innym ciekawym miejscem na naszej trasie powrotnej było miasteczko Akureyri i piękny fiord, nad którym to miasteczko leży. W okolicy znajduje się jedyny płatny tunel na Islandii. Ja miałem wyłączone odcinki płatne w nawigacji i ta poprowadziła nas okrężną drogą, przez góry i fiord. Zorientowaliśmy się dopiero po jakimś czasie, więc nie było sensu zawracać. I bardzo dobrze się złożyło, bo trasa przez fiord była spektakularna. Nadłożyliśmy jakieś 40 minut, ale było warto.



































Dzień 8

Ostatni dzień na Islandii mieliśmy spędzić chillując w termach Blue Lagoon. Zanim tam pojechaliśmy, wpadliśmy na chwilę do stolicy — Reykjaviku. Zatrzymaliśmy się na chwilę pod słynnym kościołem Hallgrímskirkja i zrobiliśmy rundkę autem przez centrum miasta. Na termy dojechaliśmy około 10:00. Podekscytowani, że czeka nas cały dzień chillu w jednych z najlepszych termach na świecie, ruszyliśmy do kas. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy się okazało, że mają pełne obłożenie i nie możemy wejść. Blue Lagoon to najpopularniejsza atrakcja na Islandii i w sezonie trzeba robić rezerwację z minimum 10-dniowym wyprzedzeniem. Trudno, będzie to dodatkowy argument, żeby wrócić na Islandię w zimie 😊.

Mieliśmy do zagospodarowania pół dnia, więc postanowiliśmy pojechać do pobliskiego miasteczka Grindavik. Ze względu na liczne erupcje wulkanów w tym rejonie, miasteczko wygląda na opustoszałe. Nie działa stacja benzynowa, market jest zamknięty, na drogach praktycznie nie ma ruchu. Przez środek miasta przechodzi kilkudziesięciometrowa szczelina w ziemi, domy w jej pobliżu są ogrodzone i nie nadają się do zamieszkania. Generalnie, miasteczko robi bardzo ciekawe wrażenie. Następnie pojechaliśmy na klify Krýsuvíkurberg, aby obserwować maskonury — najbardziej charakterystyczne ptaki na Islandii. Latało ich tam całkiem sporo, więc się udało 😊. Na koniec podjechaliśmy jeszcze na pola lawy pochodzące z wulkanu Fagradarsfjall, który wybuchł w 2021 roku. Fajne to było doświadczenie, chodzić po świeżutkiej, poszarpanej lawie, z której miejscami wydobywa się jeszcze para.









To była już ostatnia atrakcja na tym wyjeździe. Na koniec podjechaliśmy jeszcze na kemping wziąć prysznic, zjedliśmy obiad i ruszyliśmy do IcePol oddać auto. Zwrot auta przebiegł bez żadnych problemów, chłopaki rzucili nas na lotnisko i tak nasza przygoda dobiegła końca. Islandia zrobiła na nas ogromne wrażenie. Jak dla mnie 10/10. Jeśli chodzi o naturę, spośród wszystkich krajów, jakie odwiedziłem, Islandia zdecydowanie jest na podium. Jest plan, żeby wrócić tam jeszcze w zimie, więc nie żegnam się, tylko mówię — Islandio, do zobaczenia! 😊

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kenia

Turcja

Teneryfa, Hiszpania

Mołdawia + Naddniestrze