Kenia

Rok 2026 zaczynamy z przytupem — lecimy do Afryki. Naszym celem jest Kenia i jedno z najlepszych Safari na świecie. Plan jest prosty: najpierw jedziemy na Safari, a następnie lecimy pochillować na wybrzeże Kenii, do Diani Beach.

Zacznijmy od początku. Skąd w ogóle pomysł, żeby lecieć do Kenii? Pomysłów na wyjazd było kilka, ale ostatecznie zaważyła promka od linii Saudia. Pojawiły się bilety z Barcelony do Nairobi za 1000 zł w obie strony. A że Kenia od dawna była na naszej bucket list, to grzechem byłoby nie skorzystać 😉.

Po zabukowaniu lotów, przyszedł czas na planowanie tripa. Mieliśmy do dyspozycji 2 tygodnie, więc zdecydowaliśmy się przeznaczyć połowę czasu na Safari, a drugą połowę na chill nad oceanem. Wybraliśmy 6-dniowe Safari w Masai Mara, Lake Nakuru oraz Amboseli. Safari zabukowaliśmy przez stronę safaribookings.com. Nasz wybór padł na firmę Jocky Tours i jesteśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru. Organizacyjnie wszystko było tak, jak powinno.

Po przylocie na lotnisko w Nairobi, zostaliśmy odebrani przez kierowcę i zawiezieni do biura. Naszym autem była 9-osobowa Toyota Land Cruiser 4x4. Oprócz nas, w samochodzie było 5 innych turystów — 2 Greków, 2 Chińczyków i 1 Niemka, oraz nasz niezawodny kierowca i przewodnik — Kikitu. Po dopełnieniu formalności ruszyliśmy w drogę, do Masai Mara. Podróż zajęła nam ok. 6 godzin. Po dojechaniu na miejsce zjedliśmy lunch, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy na pierwsze, popołudniowe Safari. Tego dnia zobaczyliśmy dużo żyraf, hienę, słonia, geparda, no i oczywiście dziesiątki różnych rodzajów antylop — gnu, impala, topi czy gazele. Wróciliśmy już po zmroku, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać, bo następnego dnia zaczynaliśmy Safari już o 7 rano.




Ten dzień zapowiadał się bardzo ekscytująco. Mieliśmy nadzieję na skompletowanie tzw. Wielkiej Piątki, czyli lwa, słonia, bawoła, lamparta oraz nosorożca. Dzień zaczęliśmy od spotkania z zebrami, żyrafami oraz stadem śpiących lwów. Później mieliśmy bliskie spotkanie z rodziną słoni. Zobaczyliśmy też hipopotamy nad rzeką Mara oraz wiele antylop i innych, mniej istotnych zwierząt. Dojechaliśmy aż do granicy z Tanzanią, gdzie zrobiliśmy sobie fotki z symbolicznym znakiem oraz słupem granicznym. W drodze powrotnej zobaczyliśmy jeszcze lwa, bawoła afrykańskiego, lamparta, nosorożca, a na koniec minęliśmy jeszcze bliskie spotkanie z gepardem, który przeszedł tuż przy naszym aucie. W ten sposób udało nam się skompletować Wielką Piątkę, z czego byliśmy bardzo zadowoleni. To był dzień pełen wrażeń.














Kolejnego dnia czekała nas całodniowa podróż na północ, do Nakuru. Tego dnia nic ciekawego się nie działo. Czwarty dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie. O 6:20 zostaliśmy odebrani z hotelu i ruszyliśmy do Lake Nakuru. Ten park słynie z flamingów oraz białych nosorożców. Widzieliśmy ich sporo, a oprócz tego były też żyrafy, bawoły, zebry itp. To była krótka, ale bardzo fajna przygoda w Lake Nakuru. Ok. 9:30 ruszyliśmy dalej, w stronę Lake Naivasha. Tam niestety przyszło nam się pożegnać z naszymi towarzyszami oraz kierowcą. Musieliśmy zmienić auto i z inną ekipą kontynuować podróż do Amboseli. Dojechaliśmy na wieczór i zmęczeni poszliśmy spać.






Następny dzień zaczynaliśmy dość późno. Na Safari ruszaliśmy dopiero o 10:30. Amboseli to Park Narodowy położony u podnóża największej góry Afryki — Kilimandżaro. Słynie on z dużej ilości słoni. Rzeczywiście, widzieliśmy ich pełno tego dnia. Były też zebry, lwy i dużo antylop.




Ostatniego dnia ruszyliśmy na poranne safari przed 6 rano. O poranku fajnie było widać Kilimandżaro, które nie było zakryte chmurami. Pojeździliśmy jakieś 3h po parku, zobaczyliśmy jeszcze więcej słoni, a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną do Nairobi. Tak oto 6-dniowe Safari dobiegło końca.



Zmęczeni, ale zadowoleni, zostaliśmy na jedną noc w Nairobi. Znalazłem w pobliżu małą siłkę, więc skorzystałem z okazji i poszedłem na trening. Następnego dnia, wczesnym rankiem, polecieliśmy do Mombasy. Stamtąd jeszcze godzina uberem i jesteśmy na miejscu. Przed nami 6 dni chillu w Diani Beach, największym kurorcie w Kenii. Zatrzymaliśmy się w mega przyjemnym domku o nazwie Dadida's Pool Cottage. W całym kompleksie byliśmy zupełnie sami i mieliśmy na wyłączność cały ogród z basenem.

Dni mijały nam beztrosko, na chillu w basenie, spacerach po Diani Beach, porannym bieganiu przy wschodzie słońca oraz smakowaniu pysznych dań w lokalnych restauracjach. Jednego dnia wybrałem się na nurkowanie z ekipą ze Scuba Duka i muszę przyznać, że było to bardzo udane nurkowanie.

















6 dni minęło bardzo szybko. Wróciliśmy jeszcze na jeden dzień do Nairobi, gdzie poza treningiem, nic ciekawego się nie działo. Byliśmy już trochę zmęczeni i nie chciało nam się szwędać po mieście. Tym leniwym akcentem zakończyliśmy przygodę w Kenii.

Podsumowując, wyjazd nie należał do najłatwiejszych. Nie obyło się bez problemów żołądkowych. Było też gorąco i szczególnie Safari i długie przejazdy mocno nas zmęczyły. Mimo to uważam wyjazd na bardzo udany. Kenia zrobiła na nas duże wrażenie, ludzie są bardzo mili i pomocni, choć często proszą o pieniądze, co z czasem bywało uciążliwe. W Kenii panuje powszechna bieda i ciężko się patrzyło na to, jak Ci ludzie żyją. Kilka razy pomogliśmy lokalsom, no ale nie da się pomóc wszystkim. Afryka nie jest najłatwiejszym kontynentem do podróżowania. Cieszę się, że w końcu mogliśmy ją poznać i doświadczyć. Z pewnością jeszcze tu kiedyś wrócimy.

Asante Kenya.

Hakuna matata! 😀

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Islandia

Turcja

Teneryfa, Hiszpania

Mołdawia + Naddniestrze