Ironman 70.3 Kraków 2026

Co prawda nie będzie to post podróżniczy (choć poniekąd cały proces przygotowań był dla mnie podróżą), ale postanowiłem podzielić się wrażeniami z tego wydarzenia. Ironman 70.3 Kraków, bo o nim mowa, pochłonął mnie całkowicie na 10 miesięcy — stał się celem nadrzędnym, do którego dążyłem z każdym kolejnym treningiem.

Wszystko zaczęło się rok temu, gdy w Krakowie odbyła się pierwsza edycja Ironmana 70.3. Dla niewtajemniczonych — Ironman 70.3 to połowa pełnego dystansu Ironman, czyli 1,9 km pływania, 90 km jazdy na rowerze i 21,1 km biegu. Tego dnia wracałem pociągiem do Krakowa, wysiadłem na Dworcu Głównym i postanowiłem pójść na Rynek, gdzie znajdowała się meta wyścigu. Gdy zobaczyłem tę atmosferę na mecie, te emocje zawodników, postanowiłem, że za rok to ja będę jednym z nich. Wtedy był to dla mnie pomysł totalnie szalony. Nie umiałem pływać kraulem, nigdy nie jeździłem na szosie, jedynie coś tam biegałem. A triathlon to nie tylko to. Dochodzi jeszcze logistyka, sprzęt i żywienie — według wielu, czwarta dyscyplina triathlonu. Pomysł trochę mnie przerażał, ale słowo się rzekło — powiedziałem kilku osobom o swoim planie i już nie było odwrotu 😀. 

Pierwszym krokiem był zakup Garmina, który monitorował każdy mój trening. Kolejnym krokiem było zapisanie się na kurs pływania. Tak jak wspomniałem, pływanie było moją najsłabszą stroną. Na tamten moment potrafiłem przepłynąć maksymalnie 50 metrów kraulem. Przyszła jesień, później zima, więc skupiałem się głównie na pływaniu 2 razy w tygodniu oraz 2 razy siłownia — bieżnia, rower stacjonarny i ćwiczenia siłowe. W międzyczasie, zimą, kupiłem moją pierwszą szosę — Canyona Ultimate. Pogoda jednak nie pozwalała, żeby na nim pojeździć, więc nie mogłem się doczekać wiosny, żeby go przetestować. Na wiosnę zakończyłem kurs pływania — na tym etapie potrafiłem już swobodnie przepłynąć 2 km, pozostało już tylko szlifować technikę, żeby trochę przyspieszyć i pływać bardziej ekonomicznie. Skupiłem się na rowerze. Mniej więcej wtedy też zatrudniłem Claude Code — agenta AI, jako mojego trenera personalnego 😀. Miałem rozpisany trening na 15 tygodni, aż do dnia wyścigu. Z planem trenowało się dużo lepiej — wiedziałem, jaki jest cel, jaki progres, gdzie popełniam błędy i na czym się skupić. Muszę przyznać, że Claude poprowadził mnie rewelacyjnie. Omawiałem z nim każdy detal — sprzęt, suplementację itd. Dawał mi feedback po każdym treningu i punktował błędy. Każdy trening lądował na Stravie, która stanowiła mój dziennik treningowy, a z czasem stała się społecznością, która dodatkowo motywowała mnie do działania. Na rowerze początki były ciężkie, ciało nie było przyzwyczajone do takiej pozycji, kondycja też pozostawiała wiele do życzenia. Pamiętam swój pierwszy przejazd 90 km, wtedy jeszcze bez prawidłowego żywienia. Gdy wróciłem do domu, czułem się tak przeorany, że nie wyobrażałem sobie przebiec po tym półmaratonu. Później zaczęły wchodzić bricki — treningi łączone rower + bieg, które też mega dawały w kość. Jednak z tygodnia na tydzień forma rosła i czułem się coraz lepiej. Przyszło lato i zaczęły się sesje Open Water — najpierw na Przylasku Rusieckim, później na Zakrzówku. Gdy pierwszy raz przepłynąłem Zakrzówek dookoła, czułem się niesamowicie. Ten zalew robi ogromne wrażenie i już tylko tam chciałem pływać. Oswoiłem się z Zakrzówkiem na tyle, że totalnie nie bałem się tego etapu na wyścigu — wiedziałem, że dam radę. Intensywność treningowa rosła z tygodnia na tydzień — 5-6 jednostek treningowych, ponad 10h treningu na tydzień. Forma rosła.








Wielkimi krokami zbliżał się dzień startu — niedziela, 2 sierpnia 2026. Czułem się świetnie. Na Stravie zarejestrowałem ponad 200 treningów do Ironmana, więc wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany. Cel był jeden — SUB 6h. Tak, ukończyć Ironmana to jedno (limit czasowy to 8:30), ale ja chciałem to zrobić w konkretnym czasie — poniżej 6 godzin. Jak na debiut, całkiem ambitny cel. Z moich obliczeń wynikało, że będę tuż na granicy tego czasu i od detali będzie zależało, czy uda mi się w nim zmieścić. Była tylko jedna obawa — pogoda. W tym czasie przyszła fala upałów, ponad 35°C. Czwartek, piątek i sobota były nie do zniesienia. Nie wyobrażałem sobie wyścigu w taki upał. Jakimś cudem jednak w niedzielę przyszło jednodniowe ochłodzenie do 26°C. To wciąż ciepło, ale znośnie. W poniedziałek i wtorek znów wróciły upały po 35°C. To był chyba jakiś cud nad Wisłą 😄.

Cała impreza Ironman w Krakowie rozpoczęła się już w piątek. Pojechałem na Rynek odebrać pakiet startowy, zobaczyć EXPO, kupić kilka gadżetów. Wtedy do mnie dotarło, że to już lada dzień i poczułem wielką ekscytację. W sobotę zawiozłem rower i worki do stref zmian T1 i T2 i przy okazji zrobiłem ostatnie rozpływanie na Zakrzówku. Emocje już wtedy sięgały zenitu. Byłem mega podjarany startem.






W niedzielę o 6:30 rano dziewczyny zawiozły mnie na Zakrzówek. Zaniosłem bidony do roweru i sprawdziłem, czy wszystko z nim w porządku. Następnie przyszedł czas na rozgrzewkę w basenach na Zakrzówku. W kolejce wypatrzyłem ziomka, z którym robiłem trening Open Water Ironmana. Później spotkaliśmy kolejnych znajomych z tego treningu i do nich dołączyliśmy. W grupie zawsze raźniej. Razem skierowaliśmy się w stronę startu. Kolejka była długa i wystartowałem dopiero o 8:53 (start zawodów był o 8:00), więc ominęła mnie ceremonia rozpoczęcia. Specjalnie nie pchałem się do przodu, bo zakładałem czas około 48 minut. Płynęło się rewelacyjnie. Taka ilość ludzi powodowała dodatkowy nurt wody, przez co płynęło się szybciej. Nie przeszkadzało mi, że jest tyle ludzi — czasami płynąłem za kimś, czasami swoim torem. A jak ktoś wbijał mi się perfidnie, to dostawał z łokcia. Nie pozwoliłem się zdominować w wodzie. Czułem się pewnie. Mniej więcej w połowie dystansu popatrzyłęm na czas i byłem w szoku, jak szybko płynę. Już wtedy wiedziałem, że będę spokojnie przed założonym czasem. Ale jak wyszedłem z wody i spojrzałem na zegarek, byłem w szoku — 40:35 min zamiast zakładanych 48 min 🙂.




Z wody wyszedłem komfortowo, bez zadyszki — płynąłem dobrym tempem, ale ekonomicznie. Czas na T1 — pierwszą strefę zmian. Najpierw podbieg do drogi i szukanie roweru. Później zdjęcie pianki, uzupełnienie płynów, przebranie się na rower i ogień. T1 zajęło mi bardzo dużo czasu, aż 9:39 min. Wyszedł tu brak doświadczenia w triathlonie. No ale trudno, nadrobię na trasie 🙂.

Jak wsiadłem na rower, poczułem dziwną satysfakcję. Może to te tłumy kibiców? Jechało mi się niesamowicie lekko. Od początku złapałem mocne tempo. Za chwilę przyszło jednak lekkie rozczarowanie. Garminowi przeskoczyła zmiana na T2, przez co cały program triathlonu się posypał. Musiałem na nowo ustawić program, przeklikać pływanie i T1, żeby dojść do roweru. Program ustawiony, część trasy urwana, no ale trudno — jedziemy dalej. Wróciłem do swojego rytmu i zacząłem wyprzedzać jednego rowerzystę po drugim. To było niesamowite uczucie — wyprzedzać ich wszystkich, na tych rowerach za miliony monet. Finalnie wyprzedziłem jakieś 500 osób, a mnie może z 10. Czułem się niesamowicie. I ci kibice na trasie, i nawrotka na Rynku w Bochni, gdzie była wielka strefa kibica — to naprawdę dodawało skrzydeł. Pogoda do jazdy była bardzo przyjemna, więc jedzenie i picie, jakie miałem, w zupełności mi wystarczyło. Ominąłem więc wszystkie 3 stacje żywieniowe na trasie. Nie miałem potrzeby nic uzupełniać i nie chciałem tracić czasu. Ostatecznie dojechałem do końca trasy rowerowej z czasem 2:43:29!! Ponad 16 min poniżej celu, a przy 900 metrach przewyższenia to wynik, którego nawet się nie spodziewałem.




Teraz T2 — druga strefa zmian. Tutaj postanowiłem sobie, że nie będę się opieprzał jak w T1, tylko szybki transfer i ogień na bieg. Tak też zrobiłem i czas w T2 — 4:15 — uważam za przyzwoity.

Czas na ostatni etap wyścigu — bieg. Do pokonania półmaraton. W bieg weszło mi się bardzo dobrze, nogi nie były zmęczone, a kibice znów dodawali skrzydeł. Na Rynku czekały już moje dziewczyny, co też mocno mnie motywowało. Pierwsza wizyta na Rynku była bardzo przyjemna. Uściskałem się z dziewczynami, wymieniłem kilka słów i ruszyłem na pierwszą z trzech 7-kilometrowych pętli przez Rynek i bulwary wiślane. Biegło się fajnie, strefy żywieniowe były co 2 km, więc regularnie chłodziłem się wodą i uzupełniałem płyny. Bez tego byłoby mega ciężko, bo o tej porze słońce już momentami przypiekało. Na szczęście pogoda i tak była dla nas łaskawa tego dnia. Druga pętla była już trochę cięższa, a trzecia to już „byle do mety" i jakoś się doczołgałem, z czasem 1:59:24. Cel poniżej 2h zrealizowany rzutem na taśmę 😃. Ale udało się i z finalnym czasem 5:37:19!! dobiegłem na metę.






Na mecie czekała na nas strefa finishera, która była mega przygotowana. Było ciepłe jedzonko, ciasta, kawa, napoje, a nawet piwko 0. Do tego strefa masażu, basen z zimną wodą, grawery i kilka innych stref. Ogólnie super zwieńczenie ciężkiego wyścigu. Emocje opadły, spotkałem się z rodzinką i wspólnie świętowaliśmy sukces. To była największa sportowa przygoda w moim życiu i na pewno nie ostatnia 🙂.





Teraz mogę powiedzieć: I AM AN IRONMAN (ok, half IRONMAN 🙂). Ale nad tym może jeszcze popracujemy 😄.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kenia

Islandia

Turcja

Mołdawia + Naddniestrze