Banff, Alberta
Wyjazd do Banff trochę przesunął się w czasie, ale w końcu udało się nam znaleźć kilka dni wolnego, aby tam pojechać. Zacznę jednak od początku.
Po powrocie z Jasper pojechaliśmy na kilka tygodni do Shaunavon w sąsiedniej prowincji — Saskatchewan, gdzie izolowaliśmy tanki. Praca była całkiem ciekawa, bo mogliśmy pojeździć sobie na genie. Czas szybko nam zleciał i po kilku tygodniach wróciliśmy do Edmonton.
Po powrocie zaczęliśmy pracę w Kiewit, gdzie z kolei izolujemy duże moduły, które następnie wysyłane są na rafinerię. Zanim tu trafiliśmy, słyszeliśmy, że w Kiewit zwracają szczególną uwagę na bezpieczeństwo pracy, ale muszę przyznać, że i tak przerosło to moje wyobrażenia. Oto kilka absurdalnych przepisów, jakie tam obowiązują:
- maksymalna dopuszczalna prędkość to 9,5 km/h,
- aby zaparkować samochód, włączyć się do ruchu, cofnąć, trzeba 2 razy zatrąbić klaksonem i konieczny jest spotter, czyli osoba na zewnątrz, która Cię pokieruje,
- w samochodzie musisz jechać w kasku, okularach i rękawiczkach i oczywiście mieć zapięte pasy przy tej zawrotnej prędkości,
- pracując powyżej 6 feet musisz być przywiązany na linie,
- wszystkie narzędzia muszą być przywiązane do Ciebie — i wiele innych prześmiesznych przepisów.
Jeżeli ściągniesz kask, spadnie Ci narzędzie, nie będziesz przywiązany, przekroczysz czerwoną taśmę — dostajesz 3 dni wolnego albo całkowicie wylatujesz z pracy 🙂 Wszystkie te przepisy sprawiają, że praca idzie wyjątkowo wolno, a tym samym jest mega lajtowo. Nam to oczywiście pasuje 🙂
Wyjazd do Banff trochę przesunął się w czasie, ale w końcu udało się nam znaleźć kilka dni wolnego, aby tam pojechać. Zacznę jednak od początku.
Po powrocie z Jasper pojechaliśmy na kilka tygodni do Shaunavon w sąsiedniej prowincji — Saskatchewan, gdzie izolowaliśmy tanki. Praca była całkiem ciekawa, bo mogliśmy pojeździć sobie na genie. Czas szybko nam zleciał i po kilku tygodniach wróciliśmy do Edmonton.
Po powrocie zaczęliśmy pracę w Kiewit, gdzie z kolei izolujemy duże moduły, które następnie wysyłane są na rafinerię. Zanim tu trafiliśmy, słyszeliśmy, że w Kiewit zwracają szczególną uwagę na bezpieczeństwo pracy, ale muszę przyznać, że i tak przerosło to moje wyobrażenia. Oto kilka absurdalnych przepisów, jakie tam obowiązują:
- maksymalna dopuszczalna prędkość to 9,5 km/h,
- aby zaparkować samochód, włączyć się do ruchu, cofnąć, trzeba 2 razy zatrąbić klaksonem i konieczny jest spotter, czyli osoba na zewnątrz, która Cię pokieruje,
- w samochodzie musisz jechać w kasku, okularach i rękawiczkach i oczywiście mieć zapięte pasy przy tej zawrotnej prędkości,
- pracując powyżej 6 stóp musisz być przywiązany na linie,
- wszystkie narzędzia muszą być przywiązane do Ciebie — i wiele innych prześmiesznych przepisów.
Jeżeli ściągniesz kask, spadnie Ci narzędzie, nie będziesz przywiązany, przekroczysz czerwoną taśmę — dostajesz 3 dni wolnego albo całkowicie wylatujesz z pracy 🙂 Wszystkie te przepisy sprawiają, że praca idzie wyjątkowo wolno, a tym samym jest mega lajtowo. Nam to oczywiście pasuje 🙂
Wracając do Banff — tydzień temu był kolejny długi weekend, ostatni już w tym roku. Postanowiliśmy wykorzystać tę okazję i wybraliśmy się w ponad 1000 km wycieczkę do drugiego po Jasper, nawet bardziej popularnego, Parku Narodowego Banff. Wyjechaliśmy wcześnie rano w sobotę. Wybraliśmy dłuższą trasę, aby po drodze zahaczyć o kilka ciekawych miejsc. Pierwszym z nich były Athabasca Falls. Wodospady były niezłe, choć większego szału nie zrobiły. Następnie udaliśmy się na lodowiec Columbia Icefield i tu muszę przyznać, było zajebiście. Poznaliśmy pewnego Meksykanina, z którym zdecydowaliśmy się wspiąć na wyższe partie lodowca. Po drodze mijaliśmy mega głębokie szczeliny, w które jeśli ktoś by wpadł, to raczej by już tam został 🙂 Dodatkowo dramaturgii dodawała pogoda, która nagle się załamała. Zaczął padać śnieg i wiać porywisty wiatr. W sumie bardzo nas to nie zaskoczyło, w końcu byliśmy na lodowcu. Po ok. 2h wspinaczki doszliśmy do punktu, do którego dojeżdżają specjalne autobusy wiozące leniwych turystów 🙂 Wyżej nie było sensu iść, nie było to też bezpieczne, udaliśmy się więc w drogę powrotną.
Następnie pojechaliśmy do Lake Louise, jednak pogoda się trochę popsuła i zaczął padać deszcz. Długo więc tam nie posiedzieliśmy i ruszyliśmy w stronę Banff. Dojechaliśmy na wieczór, pochodziliśmy chwilę po miasteczku i poszliśmy spać. Następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie okolicy. Zobaczyliśmy między innymi słynny Banff Springs Hotel, Bow Falls, Hoodoos i kilka innych punktów, z których można było podziwiać piękne widoki na góry. Dzień minął bardzo szybko, wieczorem poszliśmy jeszcze na imprezę, jednak fajerwerków nie było, więc zmęczeni poszliśmy spać.
Następnego dnia rano udaliśmy się w drogę powrotną. Nie był to jednak koniec atrakcji. Po drodze zahaczyliśmy o Calgary, gdzie połaziliśmy chwilę po downtown, a następnie pojechaliśmy do Drumheller, do największego na świecie muzeum dinozaurów. Całe miasteczko żyje faktem, że mieszkają w starym domu dinozaurów i na każdym kroku można zobaczyć figurki tych prehistorycznych gadów. Miasteczko robi bardzo pozytywne wrażenie. Po zwiedzeniu muzeum pojeździliśmy jeszcze chwilę po okolicy i udaliśmy się w drogę powrotną do Edmonton.
Tym sposobem zwiedziliśmy niemal wszystkie ciekawe miejsca w Albercie. Na razie nie planujemy więc kolejnych wypadów. Poczekamy do marca, kiedy to zaczniemy prawdziwą przygodę i udamy się w podróż dookoła Stanów 🙂 Szczerze — zajebiście nie mogę się tego doczekać 🙂 To na razie tyle newsów z Kanady. Trzymajcie się i do następnego.
![]() |
| Wróć do: Jasper, Alberta |
![]() |
| Czytaj dalej: Wesołych Świąt! |



































Komentarze
Prześlij komentarz