Peru cz.3 - Huacachina, Paracas i Lima

O 7 rano, nocnym autobusem, dojechaliśmy do miejscowości Ica. Poranna kawa, śniadanie i wsiadamy do tuk-tuka, który zawozi nas do oddalonej o 5 km Huacachiny. Huacachina to pięknie ulokowana, niewielka oaza, otoczona przez wysokie wydmy. Zatrzymaliśmy się w imprezowym hostelu z basenem Wild Rover.

Pierwszy dzień spędziliśmy na zwiedzaniu oazy, wspinaniu się na wydmy, a po południu pojechaliśmy na wycieczkę buggy połączoną z sandboardingiem na wydmach oraz pięknym zachodem słońca. Jazda buggy z dużą prędkością po wydmach była mega frajdą, do tego super zabawa podczas sandboardingu i ogólnie wycieczka okazała się jedną z największych niespodzianek tego wyjazdu.


















Drugiego dnia połaziliśmy trochę po wydmach dookoła oazy, a resztę dnia spędziliśmy przy hotelowym basenie. Ogólnie Huacachina to super miejscówka i „must see” podczas wizyty w Peru. Wieczorem wróciliśmy do Ica, gdzie zatrzymaliśmy się w super hostelu za śmieszne pieniądze. W samej Ica nie ma nic ciekawego, więc następnego dnia ruszyliśmy dalej w drogę.














Kolejnym przystankiem była miejscowość Paracas. Zatrzymaliśmy się tutaj tylko w jednym celu. Otóż z tego miejsca można wyruszyć na dwugodzinny rejs na wyspy Ballestas. Ballestas Islands nazywane są często „Galapagos dla biedaków”. 😄 Jest to archipelag kilku wysp, które stały się domem dla wielu morskich zwierząt, takich jak lwy morskie czy pingwiny, a także przystankiem dla setek tysięcy ptaków na ich corocznej wędrówce. Jest tam zakaz wchodzenia na ląd i oglądaliśmy wszystko z pokładu łodzi. Nawet gdyby zakazu nie było, i tak wyjście na brzeg byłoby niemożliwe, bo wszystkie plaże oraz skalne klify zajęte były przez tysiące słoni morskich. Do tego smród oraz głośne ryki i piski zwierząt odbierały chęci na jakąkolwiek interakcję z nimi.

Resztę dnia spędziliśmy, szwendając się po mieście, a wieczorem zrobiliśmy sobie piknik na plaży przy zachodzie słońca.















Drugiego dnia wypożyczyliśmy skuter i ruszyliśmy na cały dzień do Parku Narodowego Paracas. Jeździliśmy wzdłuż wybrzeża, po szutrowych drogach, podziwiając piękne klify i latające nad głowami kondory. Po południu udaliśmy się na najpopularniejszą w okolicy plażę, gdzie spędziliśmy resztę dnia. Na zachód słońca znów wróciliśmy na naszą plażę w Paracas, bo zachody słońca w tym miejscu są spektakularne.




















Na koniec naszej przygody z Peru zatrzymaliśmy się na dwa dni w Limie, skąd mieliśmy samolot powrotny do Polski. Pierwszy dzień, a właściwie wieczór, spędziliśmy w turystycznej dzielnicy Miraflores. Wybraliśmy się do Parku Kennedy'ego, który słynie z tego, że mieszka tam bardzo dużo kotów. Są one zadbane, dokarmiane i przyjazne do ludzi. Była niedziela, więc było bardzo dużo ludzi, którzy bawili się na środku parku w latynoskich rytmach. Starzy, młodzi, bez znaczenia, nawet dziadek o kulach wymiatał na dancefloorze. Bardzo fajny klimat.

Drugiego dnia wybraliśmy się do centrum. Lima to 11-milionowa metropolia, jednak zupełnie tego nie czuć w centrum miasta. Jest spokojnie, wydaje się, że życie płynie tu wolno i sielankowo. Tylko zwariowany ruch na drodze przypomina nam, że jesteśmy w Ameryce Południowej. Lima okazała się całkiem przyjemnym miastem i miło spędziliśmy tutaj czas. Jest sporo parków i zieleni, jest bezpiecznie i czysto.














Tym sposobem South America Trip 2019 dobiegł końca. Ameryce Południowej mówimy „see you later”, bo na pewno jeszcze tu wrócimy. Jeszcze wiele pięknych miejsc w tej części świata zostało nam do odwiedzenia. A tymczasem pora wracać do polskiej rzeczywistości.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Islandia

Kenia

Turcja

Teneryfa, Hiszpania

Mołdawia + Naddniestrze